Avangarda planszówkowa, czyli epickie królestwa i cheerleaderki

Rozpoczynanie blogowania zawsze było dla mnie najgorsze – pierwsze notki nie są rzeczą, którą lubię pisać. Ale czasem nadarza się niezła okazja do ich stworzenia. Taka jak teraz. W niedzielę skończyła się Avangarda, jako konwent bardzo sympatyczna i kameralna, z ciekawie wyglądającym blokiem prelekcji około-planszówkowych (sobota była niestety zajętym dniem i dałam radę zajrzeć tylko na jeden panel – a szkoda, było naprawdę interesująco i chętnie bym zobaczyła więcej), na której nawet udało mi się poznać kilka nowych rzeczy. Więc czemu by nie podzielić się wrażeniami?

Zakończona edycja konwentu była już trzecią, w której miałam okazję uczestniczyć. I znów było inaczej niż wcześniej. Większość mojego pobytu na Avie 2012 spędziłam w jednej z niewielu klimatyzowanych sal, pomagając mistrzowi gry turlać kostki podczas sesji D&D. Ava 2014 upłynęła pod znakiem zdenerwowania z powodu mojej pierwszej konwentowej prelekcji, która to we wspomnieniach zdołała przytłoczyć wszystko inne (ale przeżyłam). W tym roku natomiast zmieniłam moją główną ekipę konwentową, w związku z czym spędziłam o wiele więcej czasu niż przedtem na prelekcjach.

Jedna rzecz się jednak nie zmieniła: o ile na innych konwentach bywa z tym różnie, o tyle na Avangardzie zawsze udaje mi się trafić na jakąś fajną, nieznaną mi wcześniej planszówkę. W 2012 poznałam 7 cudów świata, w zeszłym roku znajomy zaproponował grę w Innowacje. Podczas tej edycji konwentu tak się z kolei złożyło, że postawiłam na pozycje prezentowane przez wydawców.

Sala z prezentacjami była po prostu – co by tu dużo nie mówić – o wiele bardziej zachęcająca niż games room, przy 30-kilku stopniowych temperaturach przyprawiający o zawroty głowy z zaduchu. Wydawcy dostali miejsce w zupełnie innym budynku niż Games Room i mieli – chwała im! – salę z klimatyzacją. W piątek, zanim większość konwentowiczów się o tym dowiedziała (i prawdopodobnie zanim się zorientowali, że w sali tajemniczo podpisanej jako „Pokazy” znajdują się planszówki) usiadłam do Małych epickich królestw przywiezionych przez Fullcap Games.

Do gry przymierzałam się już od jakiegoś czasu, dopiero teraz jednak pojawiła się okazja do jej bliższego poznania. Pierwsze wrażenie było dość pozytywne. Królestwa są niewielkie – składają się zaledwie z kilku większych kart/plansz i przynależnych im znaczników – ale dzięki temu przestrzeń gry musi być naprawdę dobrze rozplanowana, aby działała. Tak jest też tutaj, użycie miejsca na planszy jest naprawdę fantastyczne – nie mamy masy ładnych acz niepotrzebnych znaczników zasobów (potrzebne są nam tylko trzy, ilość zasobów oznaczamy na samej planszy), a graficzna strony gry nie przytłacza.

Dość łatwo jest tutaj połączyć warstwę tematyczną z mechaniką: każdy z graczy kontroluje wybraną rasę, rozwija jej specjalne umiejętności, gromadzi zasoby potrzebne do ekspansji terytorialnej i rywalizuje z innymi rasami o dominację terytoriów. Królestwa wywołują (nie tylko zresztą u mnie) silne tematyczne skojarzenia ze Small Worldem. Skojarzenie samo w sobie dobre, ale nie powinno się go ciągnąć zbyt daleko. Gra zdecydowanie nie jest bowiem zminiaturyzowanym Small Worldem – kontrolujemy przez cały czas jedną tylko rasę, a ciężar rozgrywki położony jest na zutylizowanie jej mocnych punktów oraz zdobywanie i umiejętne użytkowanie zasobów. Zasady gry są dość proste do nauczenia, ale niestety nie ma elementów losowych. Nie sądzę w związku z tym, że Królestwa będą na moim planszówkowym stole często rozkładane. Od czasu do czasu mogą być jednak miłym przerywnikiem.

Drugim wypróbowanym przeze mnie tytułem był Namiestnik – pochodząca z Rosji karcianka, na której polskie wydanie aktualnie zbiera pieniądze Games Factory Publishing czyli firma, dzięki której do sklepów powrócił ostatnimi czasy Dominion. W grze staramy się zbudować przynoszącą jak najwięcej punktów piramidę z kart postaci (bądź, jak to ujął tłumaczący grę, piramidę z cheerleaderek), zdobywanych drogą licytacji. Za układanie razem pasujących do siebie kart zyskujemy walutę pozwalającą na udział w licytacjach kolejnych kart postaci oraz na ich wystawianie (które z kolei przynosi różne ciekawe bonusy).

Do gry usiadłam z trzema koleżankami, wśród których znalazła się co najmniej jedna osoba zupełnie nieplanszówkowa. Namiestnik miał więc niełatwe zadanie – nie jest to w końcu gra kooperacyjna, w której ktoś znający zasady jest w stanie prowadzić za rękę tych niezorientowanych. I udało się, poza oczekiwaną przy pierwszej rozgrywce niepewnością zasad, nie miałyśmy większych problemów. Nikt nie był kompletnie zdezorientowany, nie dało się łatwo określić, kto wygrywa (zupełnie niespodziewanie okazałam się to być ja; był to jeden z tych miłych momentów, kiedy nie znasz gry i zasad punktacji i okazuje się, że trzy wyłożone z braku laku karty przynoszą ci miliard punktów i chwalebną wiktorię), a koleżanki wydawały się dobrze bawić. Zastanawiam się nawet czy nie wesprzeć zbiórki – a takie myśli nachodzą mnie wyjątkowo rzadko.

Gdy myślę o planszówkowej stronie Avangardy, smuci mnie jedna rzecz: to, że Games Roomu nie można zrobić w budynku MiNI. Wiem, wiem, MiNI jako bardziej reprezentatywne dostaje prelekcje i różne inne eventowe rzeczy – ale parter budynku jako Games Room nieźle sprawdza się podczas wieczorków planszówkowych. Ale trudno. Trzymam kciuki, żeby kolejna Ava się odbyła, bo to fajne konwenty są. A w międzyczasie czekam na zjAvę. Niecierpliwie.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Avangarda planszówkowa, czyli epickie królestwa i cheerleaderki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s