Gry, do których jestem uprzedzona (zapewne niesprawiedliwie)

Odkąd założyłam sobie kilka lat temu konto na Board Game Geeku, odkryłam, że staram się oceniać gry raczej łagodnie. Jest jednak kilka tytułów – planszowych i karcianych – przy których na propozycję zagrania zareaguję (powiedzmy oględnie) niezbyt pozytywnie. Nie chodzi tu nawet o ocenę samych gier – czasem po prostu niesprzyjające okoliczności i osobiste preferencje potrafią do planszówek naprawdę mocno zrazić. To nie wasza wina, drogie gry. Problem leży po mojej stronie.

  1. Ciężarówką przez Galaktykę

ciezarowka przez galaktyke 3d.634160.1266x0

Ze wszystkich wymienionych tutaj gier do tej prawdopodobnie odczuwam najmniejszą niechęć. Polskie wydanie jest bardzo porządnie zrobione, gra dobrze się prezentuje. Jest też oparta o interesujący pomysł – w pierwszej fazie rundy mamy jak najszybciej zbudować sobie statki kosmiczne z losowo odsłanianych części (czas jest odmierzany klepsydrą), w drugiej natomiast dzielnie stawiamy czoła asteroidom, łowcom niewolników i każdej rzeczy, którą wszechświat zdecyduje się w nas rzucić. My próbujemy dostarczyć do celu przewożone towary, a nasze niedopracowane statki próbują się z kolei jak najszybciej rozpaść. Taka to walka człowieka z techniką.

Niechęć do Ciężarówką przez Galaktykę wynika prawdopodobnie tylko i wyłącznie z mojej winy. Mam poważne podejrzenia, że ja po prostu w tę grę nie potrafię prawidłowo grać. Moje ciężarówki są zbyt porządnie robione, zwyczajowy współgracz jest tylko jeden i żadne z nas nie odczuwa zbyt wielkiego szacunku do limitów czasowych. Ciężarówka ukradła mi już jednak cenny czas na dwóch konwentach i mało jest prawdopodobne, że dam się namówić na trzeci raz.

  1. Cytadela

cytadela.26752.1266x0

Hm, ale że co? Ktoś mi kiedyś wytłumaczył jej zasady. Chyba nawet rozegrałam partię czy dwie. Chyba nawet było ok. Ale potem miała miejsce Przerwa. Po Przerwie gra wróciła już w innej grupie znajomych jako ta, której zasad nie trzeba tłumaczyć, bo przecież wszyscy znają. Ano, nie wszyscy – niektórzy z nas zwyczajnie zapomnieli. Niestety, gdy już wbijamy sobie do głowy, że wszyscy dookoła jakąś grę znają, bardzo często trudno jest się wyzbyć podejścia „ale to takie proste i oczywiste” przy tłumaczeniu zasad. Zwłaszcza jeśli grę wyjęliśmy jako Coś Na Szybko.

Dalej nie pamiętam zasad Cytadeli. Po rozgrywkach gdzie ich znajomość była traktowana jako coś zupełnie pewnego i dzięki temu byłam skazana na obstawianie miejsca pierwszego od końca – raczej nie mam chęci aby sobie to przypominać.

  1. Agricola

agricola cover.236084.1266x0

Gra, której wspomnienie notkę zainspirowało. Podczas wczorajszych zakupów w sklepie planszówkowym zagadałam się ze sprzedawcą, który bardzo polecał mi Patchwork Uwe Rosenberga. Użył przy tym argumentu Agricoli („Na szczęście to nie Agricola!”), pośmialiśmy się i opowiedziałam jak to dawno, dawno temu, kiedy byłam zaledwie początkującą istotą planszówkową, zostałam potraktowana Agricolą w wersji zaawansowanej. Poza mną grały trzy lub cztery bardzo zorientowane we wszystkim osoby, zachwycały się wszystkim od mechaniki po figurki zwierzątek, budowały ogromne wiejskie posiadłości i w sumie to wspominając cały wieczorek trochę się dziwię, że w ogóle się wtedy nie zraziłam do gier. Zwątpiłam w każdym razie na jakiś czas w swój planszówkowy gust, niezbyt chętnie podchodziłam też do nowości (nowość = nieznane zasady = czas potrzebny na ich opanowanie = gry, z których jestem wyłączona, bo wszyscy je rozumieją, a ja nie).

Minęło sporo czasu, zagrałam w więcej rzeczy, pozbyłam się planszówkowych kompleksów. Miałam nawet drugie podejście do Agricoli i nie było tak całkiem źle. Ale gry już raczej nie polubię.

  1. Runebound

runebound.40295.1266x0

Namaluję przed wami taki oto obrazek: jest lipiec, najgorętszy dzień roku (coś w stylu właśnie zakończonej fali upałów), wasza bohaterka żyje wówczas w jednym z cieplejszych miast Polski. Pojawia się zaproszenie na planszówki – w sumie czemu nie, zawsze dobry pomysł. Tutaj jednak pomysł zaczyna się psuć.

W skrócie: graliśmy dobre siedem czy osiem godzin, w skwarze i ogromnej duchocie – znajomy pokój miał niewielki i nasłoneczniony, a drzwi były przez większość czasu zamknięte aby nie przeszkadzać współlokatorom. W tych niezwykle sprzyjających warunkach sześć osób grało sobie w niezbyt skomplikowaną przygodówkę – aż do momentu w którym ktoś spróbował rzucić się na największego przeciwnika i przegrał. Po czym taki sam los spotkał resztę graczy. Ostatnie trzy godziny gry to było smutne bieganie po planszy, bez ekwipunku i bez większego sensu, za to przy coraz większym znużeniu prawie wszystkich obecnych.

Dlaczego wcześniej nie przerwaliśmy? Przytrafił się nam jeden gracz, który absolutnie nie chciał porzucić rozgrywki, nie zważając na nikogo, bo zabawa była przecież taka dobra. Reszta towarzystwa była natomiast zbyt uprzejma, żeby od razu przerywać.

Być może gra nie jest tak zła jak zapamiętałam – ale tego się już nigdy nie dowiem, gdyż na samo hasło „Runebound” dostaję ataku śmiechu.

  1. Munchkin

mpl14.926949.1266x0

Ach, mój wróg. Czy w to również grałam w niesprzyjających warunkach atmosferycznych? Nie przypominam sobie. Czy znów ktoś mi nie wytłumaczył zasad? Oj tam, podstawy łapię, a w grze, która otwarcie namawia cię do łamania zasad, ludzie pilnują ich jak nigdy. Czy chodzi o to, że w erpgi gram jedynie okazjonalnie i po prostu nie rozumiem uroku? Nie, w teorii Munchkin fajny jest, żarty na kartach łapię.

Więc co sprawia, że od jakiegoś czasu każdą propozycję partyjki odrzucam? Negatywna interakcja. Coś, co w ograniczonym zakresie jest fajne. Lubię gry kooperacyjne, ale rywalizacji też zazwyczaj nie odmówię. Każdy ma jednak granice i moje Munchkin przekracza. Mogę bez (większej) obrazy grać z ludźmi w Grę o tron – ale w zasadach Munchkina jest coś, co nakręca dla mnie każdy negatywny aspekt rywalizacji. Nie czuję się dobrze grając, nie jestem nigdy wystarczająco agresywna, sam pomysł pogrania budzi we mnie gigantyczną niechęć.

Jeśli jednak grupa bardzo chce grać, to nie ma problemu. Ja sobie poczytam książkę.

(I raz jeszcze: to nie gry są tutaj problemem, to szeroko pojęte okoliczności towarzyszące. Sama grzeszę podobnymi rzeczami jak opisywani tutaj współgracze przy tytułach lubianych – czasem nawet na czas to sobie uświadamiam. A notka sponsorowana jest przez reakcje ludzi na zdanie „Wiesz co, niezbyt lubię grać w Munchkina”. Nie ma wówczas zrozumienia, jest tylko dezorientacja.)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s