Jak łatwo zginąć w Games Roomie – o grach nieprzyjemnych dla otoczenia

Dziś dla odmiany będzie wpis sponsorowany przez uczucia negatywne. Bardzo negatywne. Będzie traktował o typie gier, którego szczerze nie znoszę. Który w najlepszym wypadku omijam szerokim łukiem, ewentualnie wycofując się powoli acz pewnym krokiem w stronę drzwi. Który – jestem tego pewna – kiedyś zostanie powodem morderstwa popełnionego przez wycieńczonych, zdesperowanych konwentowiczów.

Będzie o grach imprezowych.

Jeśli niechęć do gier imprezowych oznacza, że jestem koszmarnie sztywna… No cóż, w tym konkretnym przypadku jest to prawda. Nie lubię całej tej otoczki narzucającej szybkie tempo, wymuszającej dziwne zachowania i nie mającej nawet pozoru sensu. Ma to prawdopodobnie wiele wspólnego z preferowanym przeze mnie rodzajem interakcji z ludźmi: mam alergię na sztuczne, przymusowe metody integrowania się z ludźmi za pomocą gier i zabaw, zdecydowanie lepiej się czuję gdy mogę człowieka poznać we własnym tempie, po prostu rozmawiając. Nie jestem więc docelowym odbiorcą gier imprezowych. Zdaję sobie z tego sprawę i raczej staram się ich unikać (z wyjątkami, ale od czego nie ma wyjątków). Od sporej części tej grupy nie da się jednak uciec – zwłaszcza jeśli ktoś ma kaprys pobyć chwilę w jakimkolwiek konwentowym Games Roomie.

Jeśli zdarzyło się wam pobyć dłużej w takim miejscu, na pewno kojarzycie pewien scenariusz. Wielka sala zastawiona stołami do gry, mnóstwo osób, duszno i gorąco jak w piekle/przeszywająco zimno (w zależności od tego, gdzie na sali siedzicie, jaka akurat jest pora roku i czy organizatorzy akurat korzystają z najpewniejszej klimatyzacji na świecie znanej też jako Szeroko Otwarte Wielkie Okna). I głośno. Bo, nie da się ukryć, kilkadziesiąt/kilkaset osób stłoczonych w jednym pomieszczeniu, podzielonych na kilkuosobowe grupy, z których każda ze sobą rozmawia podczas gry – generuje spory hałas. Trudno, bywa, taki mamy klimat i każdy z nas wie, na co się pisze. Wiedząc o tym, gracie sobie spokojnie. Lecz – WTEM – orientujecie się, że coś jest nie tak. Docierający do was hałas to nie tylko szuranie krzesłami, turlanie kostek i rozmowy. To również Rytm. Wybijany w kółko krótki motyw. Gdy raz go usłyszysz – nie jesteś już w stanie go zignorować. Jest tam. Denerwuje. Po kilku minutach orientujesz się, że dochodzi z jeszcze innej strony. I z kolejnej. Gdy w końcu wychodzisz z Games Roomu, masz wrażenie, że podczas pobytu tam przybyło ci kilka lat i nigdy nie pozbędziesz się bólu głowy, którego tam się nabawiłeś.

Panie i Panowie: Palce w pralce!

PalceWPralce.1056380.1266x0Gra ta jest dla mnie w sumie dość ciekawym zjawiskiem. Choć wydaje się wszechobecna (a może to tylko dlatego, że dwa egzemplarze potrafią spokojnie zdominować większość Games Roomów?), jeszcze nie spotkałam osoby, która przyznała się do zagrania więcej niż raz. Zresztą nawet nie o to chodzi – na ten typ gier jest określony czas i miejsce, dopuszczam do siebie myśl, że osoby mniej uprzedzone ode mnie mogą się w odpowiednich okolicznościach dobrze przy nich bawić. Ale naprawdę dziwi mnie, że ze wszystkich możliwych zajęć dostępnych na konwentach – jak choćby prelekcji, testowania nowych gier lub knajp (konwentowych i nie tylko) – jest grupa ludzi, która na serio uznaje, że chce spędzić ten czas grając w Palce w pralce. Po prostu – inna cywilizacja, której nie jestem w stanie pojąć.

Sądziłam, że nic nie jest w stanie zbliżyć się do niechęci jaką czuję na widok Palców w pralce pośród planszówek do wypożyczenia. Jednak na tegorocznym Polconie miałam okazję poznać innego pretendenta do tytułu najbardziej irytującej w czasie konwentów gry: Vudu.

vudu_box.70593.1266x0

Cóż jest w niej tak strasznego dla postronnych? Ano, wyobraźcie sobie: próbujecie ogarnąć skomplikowaną planszówkę. Mniejsza o to, czy jest to dobry plan na konwent – zazwyczaj jest do zrobienia. W normalnych warunkach. Ale nie wtedy, gdy stolik dalej grupka osób rzuca na siebie klątwy. Ktoś zaczyna wypowiadać każdą swoją kwestię głośnym, piskliwym tonem. Ktoś inny przy każdej swojej turze wstaje i wrzeszczy coś na całą salę. Jeszcze ktoś biega dookoła stołu. Tak, to może być świetna zabawa. W osobnym pomieszczeniu.

Tak więc wiecie. Osobiście nie lubię gier imprezowych, przyznaję. Bywam też dość złośliwa kiedy o nich mówię. Ale jak ktoś lubi – to czemu nie zagrać, skoro przynosi mu to przyjemność? Pewien problem pojawia się jednak gdy takie gry zaczynają niszczyć przyjemność innym. Najlepszym miejscem dla nich jest bowiem jedną impreza, na której mamy większą liczbę osób do zintegrowania. Ale gdy głośne imprezówki pojawiają się w większych salach? Zaczynam marzyć, żeby ktoś zwinął wszystkie ich egzemplarze z wypożyczalni. I gorąco wierzę, że kiedyś się to stanie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s