Conanie, co jest najlepsze w planszówkach?

Gorąca woda, dobre zęby i miękki papier toaletowy? A, to chyba nie do końca to. Miażdżenie wrogów, widzenie ich prowadzonych przed sobą i słyszenie lamentu ich kobiet? Na pewno nie? A może jakieś inne rzeczy?

bradley cohen

Zbieranie drużyny

Kto z nas nie lubi dobierać ludzi do planszówek? Pomijając tutaj oczywiście osoby o zdecydowanych gustach – one są tymi cudownie rozpoznawalnymi kawałkami układanek, które zawsze pasują do konkretnych tytułów i po których zazwyczaj mniej więcej wiadomo czego się można spodziewać. Organizuję wielki wieczór z Battlestar Galactica? Koniecznie muszę zaprosić któregoś ze znajomych Cylonów, knujących i kręcących nawet gdy są akurat najbardziej ludzkimi z ludzi (oni wiedzą, że to tylko błąd wykrywacza). Ten typ graczy jest bardzo istotny zwłaszcza w przypadku gier bardziej skomplikowanych – oni je lubią i znają na wylot, równocześnie pomagając tworzyć odpowiedni klimat i zachęcając resztę graczy do prawidłowego zachowania (czyt. zazwyczaj bardzo, bardzo szybko uczą ich, że w tym życiu nikomu nie wolno zaufać).

Na tej podstawie można spokojnie budować resztę drużyny. O ile w przypadku spotkań innego rodzaju to nie zawsze działa – to podczas imprez planszówkowych uwielbiam mieszać różnych znajomych. Nie tylko daje to możliwość zapoznawania fajnych ludzi z innymi fajnymi ludźmi – ale również wprowadza zmienny element do gier, które bez tego, przy stałym składzie osobowym, mogłyby stać się zbyt przewidywalne.

Jedyny typ w moich drużynach niechciany to ludzie, którzy nie chcą nad grą rozmawiać. Nie chodzi tutaj o nieśmiałych (rozgrywka zazwyczaj trwa przez dłuższy czas, można się więc spokojnie rozkręcić), ale o osoby przedkładające mechanikę i nadmierne planowanie nad interakcję z innymi.

Dobrze zrobione pudełko

Pamiętacie mój zachwyt nad wypraską do Lords of Waterdeep z poprzedniej notki? Miły mojej planszówkowej półce jest też choćby przykład drugiej edycji K2, w której idealnie mieści się gra podstawowa – a po dokupieniu również cały dodatek. Pudełko do Broad Peak służy dzięki temu innym celom, a ja oszczędzam miejsce na półce (i w torbie, jeśli akurat mam kaprys grę gdzieś przenieść).

Widzicie bowiem, sprawa jest taka. Pudełka do planszówek, zwłaszcza hobbystycznych, zazwyczaj są duże. Naprawdę wielkie. My, fani, jesteśmy na tyle przyzwyczajeni do ich widoku, że nie robi to już na nas większego wrażenia. W tych pudełkach jest jednak masa miejsca do wykorzystania – trzeba tylko chcieć. Nie sugeruję tutaj nawet ekstremalnego podejścia z Lords od Waterdeep i idealnego dopasowywania elementów. Ale jeśli nawet wypraski w bombonierkach są lepsze niż te znajdujące się w naszej planszówce – jest pewien problem. Można zadbać, żeby szerokość wgłębienia pasowała do szerokości największego elementu, który nie jest planszą. Można dodać odpowiednio dużo woreczków foliowych żeby dało się porządnie składać grę (coraz częściej się to zdarza, dużo miłości z mojej strony!). Jeśli mamy małe elementy w sporej ilości i podczas rozgrywki są one często losowane, to mile widziane jest wówczas trochę większe zagłębienie w wyprasce. Tyle pięknych możliwości, korzystajmy z nich.

Czytelna instrukcja

Lubię czytać instrukcje. O instrukcjach będę zresztą pewnie co jakiś czas pisać. Nie mam też nic przeciwko długim instrukcjom (każdy z nas lubi czasem bardziej wymagającą lekturę, nieprawdaż?). Z tymi długimi jest jednak pewien problem: najłatwiej jest się w ich tworzeniu wyłożyć. Dogłębne poznawanie zasad jest fajne – ale tylko jeśli mamy na nie czas. Czasem, najczęściej na jakimś planszówkowym wydarzeniu, pojawia się okazji zagrania w coś, co zawsze chcieliśmy wypróbować. Coś, czego nie jesteśmy jeszcze do końca pewni, ale jeśli będzie się nam podobało, to pewnie zakupimy. Postanowienie to zostaje poddane wielkiej próbie jeśli okazuje się, że mamy spore trudności już na etapie rozkładania gry na podstawie instrukcji. Wskazówki nic za bardzo nie wskazują, różne typy kart nie są dobrze opisane, w połowie dowiadujemy się, że rozkładamy wersję dla pięciu osób, a przy stoliku tylko dwie…

Jakie więc elementy miło jest w instrukcji do gry planszowej zobaczyć? Szybkie i przejrzyste wprowadzenie do wszystkiego. Dokładne opisy poszczególnych elementów – za dwie partyjki będziemy na te sekcje spoglądać z politowaniem, ale pozwolą nam one do tego momentu dotrzeć. Dogłębny opis poszczególnych fragmentów rozgrywki – ale koniecznie po kolei, z wyjaśnieniem każdego nowego terminu od razu, a nie trzy strony później (nie jest to tak oczywiste, jak się wydaje). I oczywiście skrócony przebieg tury na odwrocie instrukcji – na którym można wejść w minimalnie większe detale niż na rozdawanym graczom kartach z tym samym. Same dobre rzeczy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s