Gry na jesienne wieczory: Battlestar Galactica

Chyba każdy jest w stanie podać swoją ulubioną grę, książkę, film czy serial. W przypadku większości znanych mi ludzi po tym pierwszym, spontanicznie rzuconym tytule następują słowa „Hm, ale w sumie jest jeszcze…” i długa lista różnych tytułów oraz nazwisk. Dokładnie tak mam z grami planszowymi: w końcu są rzeczy, w które grywam chętnie i często, są takie, których od dawna nie dotknęłam, ale mam do nich ogromny sentyment, czy też takie, które rewelacyjnie sprawdzają się jedynie w określonych okolicznościach… No i jest ta gra, którą spontanicznie podaję jako pierwszą gdy zapyta się mnie o ulubioną planszówkę.

bsg

(Osoby, które mnie znają i regularnie ze mną grywają wiedziały, że kwestią czasu było wyrażenie na blogu mojej wielkiej miłości do BSG. Czas ten właśnie nadszedł.)

Battlestar Galactica nie było co prawda moją pierwszą nowoczesną planszówką (honor ten przypada Small Worldowi), jednak jeśli sięgnąć jeszcze dalej – było pierwszą nowoczesną planszówką, którą zobaczyłam. Na długo przed poznaniem BSG-planszówki byłam bowiem wielką fanką BSG-serialu, wyczuloną na każde niespodziewane pojawienie się jego loga. I tak właśnie w 2008 lub 2009 roku, spacerując po sklepie Forbidden Planet w Nottingham, ujrzałam znajomo wyglądające kwadratowe pudełko. (I pomyślałam „…gra planszowa? Pogrzało ich?”, ale ciii, byłam młoda i niewiele wiedziałam o życiu).

Wnętrze pudełka dane mi było ujrzeć dopiero jesienią 2011 roku. Pierwsze podejścia były nieudane, nie dawało się znaleźć trzeciego gracza, ja średnio czułam poruszanie się po statku, a zasady wydawały się jakieś takie nazbyt skomplikowane. W końcu jednak gwiazdy nauczyły się dobrze ustawiać i mogłam poznać uroki skomplikowanej, mocno tematycznej gry kooperacyjnej ze zdrajcą.

Zdrajcą? Baltar jest szczerze oburzony tym, że ktoś nazywa go zdrajcą.

Zdrajcą? Baltar jest zaskoczony i szczerze oburzony tym, że ktoś nazywa go zdrajcą.

Zdążyliście już zapewne zauważyć, że lubię różnego rodzaju planszówkowe adaptacje. Nie jest to nawet zamierzone – ot, jakoś tak wychodzi. Zrobiłam sobie krótką listę mocniej tematycznych gier, do których mam ochotę w najbliższym czasie powrócić? Niespodzianka, Gry na jesienne wieczory okazały się cyklem o adaptacjach. Interesują mnie zachodzące tam procesy, zmiany, uproszczenia, zwłaszcza w przypadku zupełnie różnych od siebie mediów. Trafiam na mniej i bardziej interesujące przypadki, jednak planszówkowe BSG trochę mnie popsuło już na samym początku mojej przygody. Stworzyło bowiem w mojej głowie obraz gry (prawie) idealnie adaptującej inny tekst kultury.

Zbyt mocno byłam swego czasu zaangażowana w serialowe BSG i otaczający je fandom żeby móc szczerze stwierdzić, że jestem w stanie zrozumieć, jak grę odbierają osoby nieznające pierwowzoru. Mój osobisty odbiór planszówki był od samego początku mocno powiązany z serialem, moimi w nim sympatiami i antypatiami (przez bardzo długi czas nie dopuszczałam nawet do siebie myśli, że podczas którejś rozgrywki mogłabym kontrolować Papę Adamę). Przecież jest tam tyle smaczków czytelnych tylko dla kogoś znającego serial! Choćby nawet najbardziej oczywista rzecz, karty postaci: przemyślane, szczegółowe i zróżnicowane, przekładające pozytywne i negatywne cechy poszczególnych bohaterów na mechanikę gry. Nie jest trudno wczuć się w swoją postać podczas partii BSG – gra skłania nas do tego na każdym kroku. Stopień dopasowania zdolności postaci zaczęłam naprawdę doceniać odkąd zdarzyło mi się pomagać znajomemu z tworzeniem propozycji nowych postaci do fanowskiego rozszerzenia. Nie tylko wymyśl coś fajnego i dopasuj – ale również dopilnuj żeby było wyważone i nie pokrywało się z umiejętnościami kilkunastu innych postaci. Strasznie frustrujące to było.

Baltar straumatyzowany po próbie stworzenia kart postaci dla postaci trzecioplanowych.

Baltar straumatyzowany po próbie stworzenia kart postaci dla postaci trzecioplanowych.

Jeszcze jedna myśl mi się w tym momencie nasuwa, skoro już piszę o BSG jako o adaptacji: dodatki odpowiadające kolejnym sezonom serialu. Gdyby tylko dawało się częściej zebrać większą i w miarę stałą grupę osób, bardzo chętnie spróbowałabym rozegrać ligę BSG. Od pierwszego sezonu do czwartego, z nowymi postaciami, nowymi statkami i nawet z tą nieszczęsną Nową Capricą, bo czemu nie. Dość ciekawe byłoby śledzenie w ten sposób rozwoju gry i różnych w niej pomysłów (jak choćby wprowadzonych w Pegasusie kart Zdrady, za którymi stała fajna idea, jednak wykonanie szwankowało do tego stopnia, że w ostatnim dodatku znalazła się alternatywna, poprawiona talia Zdrady).

Z tego wszystkiego najdziwniej chyba jednak grałoby się pierwsze dwa czy trzy razy: z samą podstawką oraz z podstawką i Pegasusem. Partia z samą podstawową wersją zdarzyła mi się kilkukrotnie i za każdym razem gra sprawiała wrażenie niepełnej, nie do końca satysfakcjonującej. Wiem nawet dlaczego: w BSG grywałam swego czasu naprawdę dużo, ale prawie zawsze używany był trzecio-sezonowy dodatek Exodus, który podświadomie uznawałam za nieodłączną część gry. I dopiero nagły powrót do wersji podstawowej uświadamia, do jakiego stopnia Exodus poprawił całą grę. Plansza Cylońskiej Floty czyni cały pościg o wiele bardziej wyważonym niż karty ataku Cylonów z podstawki, które – przysięgam – pokryte były jakimś klejem sprawiającym, że niezależnie od metody tasowania, zawsze pojawiały się jedna po drugiej. Nowe vipery, szybsze i trudniejsze do trafienia, dały postaciom pilotów porządne narzędzie pracy, a nie tylko skrót do ambulatorium (wprowadzenie pozycji CAG-a również zresztą urozmaiciło dość monotonną we wcześniejszej wersji klasę). Karty osobistych celów i Ostatecznej Piątki wzniosły radosne knucie i wzajemną nieufność pomiędzy graczami na zupełnie nowy poziom. A moja ukochana bitwa w Mgławicy Jońskiej dała brakujący w innych wersjach epicki punkt kulminacyjny gry.

Bitwę w Mgławicy Baltar wolałby jednak obserwować z bezpiecznej odległości kilku planet i przez lornetkę.

Bitwę w Mgławicy Baltar wolałby jednak obserwować z bezpiecznej odległości kilku planet i przez lornetkę.

W tym miejscu powinnam pewnie dokładniej rozpisać się o wadach gry – ale pozwolę sobie tego nie zrobić. Widzicie, podczas pisania tej notki (i oglądania zdjęć Baltara) (mam więcej) poczułam zbyt wielką falę tęsknoty za BSG. Wady czy nie, pozostaje ona moją ulubioną grą tematyczną: dużą, w miarę skomplikowaną i przemawiającą prosto do mojego małego fanowskiego serduszka. Któregoś wieczoru tej jesieni koniecznie muszę postarać się zgubić ludzkość.

Baltar aprobuje.

Baltar aprobuje.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s