Planszówki na Narodowym 2015

WP_20151003_11_43_03_Pro

Ostatnią sobotę, podobnie jak większość warszawskich (i nie tylko) braci i sióstr w hobby, spędziłam na Planszówkach na Narodowym. Była to już trzecia edycja tego wydarzenia i druga, w której miałam przyjemność uczestniczyć. Być może dwie zaliczone edycje to jeszcze odrobinę za wcześnie, żeby z pełnym przekonaniem głosić takie opinie, ale Planszówki na Narodowym szybko wyrastają na moją ulubioną imprezę planszówkową. Ogromny wybór gier, mnóstwo wystawców, masa fantastycznych graczy… Dawno już nie bawiłam się tak dobrze jak w sobotę na Stadionie Narodowym. Ile jeszcze do października 2016?

Na imprezę dotarłam prawie godzinę po jej rozpoczęciu, tuż przed 11. Poganiało mnie smutne zeszłoroczne wspomnienie 40-minutowej kolejki do wejścia. Niepotrzebnie, jak się okazało. Organizatorzy bowiem uczą się na błędach i w tym roku do dyspozycji uczestników oddana była o wiele większa powierzchnia. Owszem, w którymś momencie oczom moim ukazała się dość długa kolejka do wypożyczalni gier – kolejka ta jednak znajdowała się wewnątrz budynku, nie blokując wejścia na sam teren imprezy. Jeśli ktoś nie chciał, nie musiał w niej odstać nawet minuty (jak na przykład niżej podpisana), zamiast tego polując na wolne gry piętro wyżej.

O właśnie, rozkład sal. Niby mała rzecz, a czyni wszystko o tyle wygodniejszym. Tegoroczna edycja zajmowała dwa piętra. Zupełnie oddzielony od reszty był w tym roku Games Room z wypożyczalnią. Umieszczono go na pierwszym piętrze – jeśli już miałabym narzekać, to wytknęłabym nie za dobre oznaczenie. Kierując się wyłącznie wspomnieniem zeszłorocznej edycji, początkowo go przegapiłam – ot, udałam się prosto na drugie piętro, a jakiekolwiek znaki mi umknęły i dopiero siedząca w Games Roomie znajoma poinformowała mnie o jego istnieniu.

WP_20151003_11_37_48_Pro

Wyżej natomiast układ imprezy był dobrze znany jej bywalcom: kilka dużych pomieszczeń, w których rozstawili się ze swoimi tytułami wystawcy, przedzielonych znajdującym się pośrodku korytarzem ze stoiskami, na których można było nabyć trochę gier. Swoją drogą, organizatorom Planszówek na Narodowym za pomocą jednej prostej sztuczki udaje się połączyć na jednej imprezie dwie największe, lecz zupełnie do siebie niepasujące grupy graczy: rodziny z dziećmi oraz hobbystów. Sale po jednej stronie są więc przeznaczone na gry dziecięce (oraz turnieje), zaś te po drugiej zajmowane są przede wszystkim przez planszówki przeznaczone dla nieco starszych graczy. Dobrym znakiem jest jeśli przy wejściu do pomieszczenia z grami wymagającymi trochę więcej czasu i skupienia mijasz wychodzącego rozbrykanego kilkulatka, któremu ojciec tłumaczy, że „tutaj to chyba tytuły trochę bardziej zaawansowane, chodźmy gdzie indziej”. I mówię to bez żadnej złośliwości – po prostu podziwiam, jak łatwo jest w naturalny sposób oddzielić od siebie obydwie grupy. Wystarczy tylko chcieć.

WP_20151003_11_06_03_Pro

Sale wystawowe są moim ulubionym elementem Planszówek na Narodowym: duże i przestronne, do tego pełne gier, które zawsze ktoś jest gotowy wytłumaczyć. Dzięki temu udało mi się zagrać między innymi w oczekiwane przeze mnie z niecierpliwością Studium w Szmaragdzie Martina Wallace’a. Gra ukazać ma się nakładem wydawnictwa Phalanx już niedługo: trafi do sklepów za około dwa tygodnie. Przegapić tego absolutnie nie zamierzam, więc porządna recenzja, w osobnej notce, będzie więc dopiero po zakupie, bliższym zapoznaniu się z instrukcją i kilkukrotnym ograniu. Tymczasem jednak – garść impresji, gdyż gra zacna była.

Studium w Szmaragdzie inspirowane jest opowiadaniem Neila Gaimana pod tym samym tytułem. Czyli: mieszamy ze sobą H.P. Lovecrafta i Arthura Conan Doyle’a. Czyli: Cthulhu swoimi mackami czule obejmuje Sherlocka Holmesa. Czyli: świat przełomu XIX i XX wieku szczęśliwie rządzony jest przez Przedwiecznych, ale jakieś parszywe jednostki ludzkie usiłują temu przeciwdziałać.

Na początku rozgrywki każdy gracz losuje tajną kartę przynależności: może być dzielnie służącym naszym panom Lojalistą, lecz może się również okazać, że niecnie knuje przeciwko nim jako Restauracjonista. Przynależności są bardzo istotne, gdyż poza tym, że każdy gra tak, aby wygrać, nie może zupełnie zapomnieć o swojej przynależności. Upraszczając: jeśli będę zabijać agentów wspierających moją drużynę, po ujawnieniu tożsamości zdobyte w ten sposób punkty będę musiała sobie odjąć. Zamiast od razu rzucać się na wszystko i wszystkich z rządzą krwi w oczach, warto więc trochę się powstrzymać i poobserwować zachowanie współgraczy. A nuż w jakiś sposób zdradzą się, po której stronie macki stoją.

WP_20151003_13_39_02_Pro

Zabijając przeciwników walczymy o wpływy w umieszczonych na planszy miastach. W mechanice znajduje się miejsce na stary dobry deck building, który jest najważniejszą metodą zdobywania siły wystarczającej do pokonywania przeciwników i zdobywania punktów: nawet jeśli w danym mieście nie da się jeszcze nikogo pozbyć, można zdobyć w nim kartę zwiększającą siłę, którą dysponujemy. Graliśmy w składzie pięcioosobowym, z którego nikt nie miał wcześniej z grą do czynienia, a co za tym idzie – nikt jej do końca nie ogarniał. Mimo wszystko, zabawa była przednia. (I absolutnie nie wpływa na moją ocenę fakt, że niespodziewanie, grając niezwykle zachowawczo i generalnie będąc przez całą rozgrywkę na tyłach punktacji, wygrałam. O nie, wcale.) Zabawna interakcja (nawet jeśli wyjątkowo negatywna), masa knucia, fajne podejście do tematu… Czekam aż będę się mogła dorwać do gry w zaciszu własnego domu.

Disclaimer: na zdjęciach mamy testową wersję gry (choć grafiki są finalne). Wersja końcowa właśnie się drukuje i jakość będzie nieporównywalnie lepsza.

Disclaimer: na zdjęciach mamy testową wersję gry (choć grafiki są finalne). Wersja końcowa właśnie się drukuje i jakość będzie nieporównywalnie lepsza.

Kilka godzin później chwyciłyśmy ze znajomą inną planszówkę, której żadna z nas nie wypróbowała. Klątwa na mnie do siódmego pokolenia, powinnam była wiedzieć lepiej. Znałam wszak recenzje i ogólną opinię. Wiedziałam, że należy oczekiwać złej gry. Ale nie wiedziałam, jak bardzo złej. Tak, panie i panowie: skrzywdziłyśmy się Wiedźminem.

WP_20151003_17_20_41_Pro

Najpierw jednak kolejne wyrazy miłości do organizatorów: wystarczyło, żebyśmy stanęły w sali z pudełkiem i lekko zdezorientowanym wyrazem twarzy, żeby teleportował się obok nas ktoś z obsługi, szybko znajdując nam wolny stolik i osobę do wytłumaczenia zasad. Osoba tłumacząca natychmiast dokooptowała do nas dwie osoby, uzupełniając tym samym skład drużyny. I tak właśnie w dość spontaniczny sposób przeszłyśmy od „chcemy tylko obejrzeć zawartość pudełka i może rozegrać jedną rundę” do „…trzy godziny później”.

Pomimo fantastycznego towarzystwa przy stoliku, nie dało się w żaden sposób ukryć prawdy: gra jest zła. Naprawdę zła. Sprawia wrażenie, jakby po początkowej fazie konceptualizacji stwierdzono, że w sumie po co się męczyć, tematyka wiedźmińska i tak wyprzeda cały nakład. I wydano natychmiast. Nie wiem nawet od czego zacząć, na czym się skupić – w sumie dobrze, że w notkach z wydarzeń nie robię porządnych recenzji, a jedynie dzielę się wrażeniami. Bo jest tutaj wszystko. Niewyważone postacie. Za dużo kostkowej losowości tam, gdzie jej nie chcemy. Bezsensowne questy poboczne („wejdź do miasta i odpocznij”). Zawierające walkę z potworem główne questy, które kończą się sukcesem niezależnie od wyniku walki (w tym momencie współgracz z niedowierzaniem i w lekkim szoku wertował zasady, powtarzając, że to przecież nie może być aż tak głupie). No i moje ulubione dwie instrukcje, wersja pełna i skrócona – przy czym w wersji pełnej znajduje się dopisek radośnie głoszący, że jeśli w którymś miejscu instrukcje nie zgadzają się ze sobą, to obowiązuje interpretacja z wersji pełnej.

Do stolika podchodzili obcy ludzie i mówili, że nam współczują. Współgracze zastanawiali się, czy mają jakichś wrogów, którym mogliby tę grę sprezentować. Nie róbcie sobie tego w domu. Naprawdę nie warto.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Planszówki na Narodowym 2015

  1. Pingback: „Zaś Berlinem nakarmisz Cthulhu” – Studium w Szmaragdzie a dieta Przedwiecznych | Kropka na planszy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s