Planszówki nawet na PGA, czyli o Gwincie karcianym

WP_20151016_22_53_05_Pro

Przyznam się od razu: dzisiejszy dzień zbyt planszówkowy nie był, gdyż gry bez prądu z entuzjazmem zdradzałam z grami bardziej elektronicznymi podczas pierwszego dnia Poznań Game Arena. W którymś momencie zaczęłam nawet przejawiać pewne wątpliwości względem tematyki dzisiejszej notki: planszowa kolekcja leży sobie w innym mieście, otaczają mnie gry zdecydowanie z innej bajki, czasu mało, bo i praca wzywa, i znajomi czekają… Ale jak zwykle w takich sytuacjach, przypadek przyszedł z pomocą. Znajoma bowiem od wejścia zaczęła się chwalić swoim nowym nabytkiem – dodatkiem do komputerowego Wiedźmina – do którego dołączona została fizyczna wersja Gwinta, czyli znanej już zapewne całkiem nieźle graczom karcianki. Długo tym razem nie będzie, zwłaszcza, że w nową wersję Gwinta nie miałam niestety jeszcze okazji zagrać – ale powstrzymać się przed zdaniem relacji nie dam raczej rady.

Komputerowego Gwinta w Wiedźminie III początkowo unikałam. Nie lubię wewnętrznych gier już od dawna i z zasady staram się ich unikać. Znam lepsze sposoby spędzania czasu niż poświęcenie godziny na próbę ogarnięcie nadmiernie skomplikowanych zasad czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem nie okaże się niezbędne podczas gry właściwej. (Można na przykład zabijać potwory. Albo szturmowców.) Jednak słysząc coraz więcej pozytywnych opinii na temat Gwinta, postanowiłam przemóc się i go wypróbować. Nie okazał się tak straszny, jak myślałam: proste i w miarę przejrzyste zasady, szybkie rundy, kilka różnych strategii, element kolekcjonowania talii… Polubiłam tę wiedźmińską gierkę, trochę czasu nawet spędziłam na skakaniu od przeciwnika do przeciwnika i poszukiwaniu sposobów na pokonanie kolejnych. Wygłosiłam też kilkukrotnie z dużym przekonaniem opinię, że to by się mogło całkiem nieźle sprawdzić w fizycznej wersji. Opinia taka była zresztą całkiem popularna i nikogo chyba w końcu nie zdziwiło kiedy ogłoszono, że do specjalnej edycji wiedźmińskiego dodatku zostanie dołączona talia do Gwinta.

WP_20151016_22_53_33_Pro

Dzisiaj udało mi się to cudo obejrzeć, obmacać i obczytać. Gwint znajduje się w bardzo ładnym pudełku, zrobionym z porządnego papieru, ozdobionym fajnymi, nawiązującymi do gry grafikami. Pierwsze wrażenie pozytywne. W środku mamy instrukcję i trzy wydzielone miejsca: jedno na żetony, oraz po jednym na każdą talię (dostępne są talie Potworów i Scoia’tael). Przychodzi więc ten moment, w którym pełni optymizmu zabieramy się do obejrzenia reszty zawartości – i wtedy właśnie dobre wrażenie pryska. Co z tego bowiem, że wszystko ładnie wygląda, skoro człowiek nie jest w stanie wyjąć w łatwy sposób wszystkich kart? Za każdym razem zostanie się jedna na samym dnie i żeby ją wyjąć, trzeba odwracać pudełko do góry nogami – karty są bowiem wydrukowane na kartonach jakości raczej słabszej i każde podważenie ich paznokciem okupione jest chwilą straszliwej niepewności („zagnie się i będzie znaczona po wsze czasy czy nie?”). Ale nic się nie martwcie, moi drodzy, a zwłaszcza ci, którzy rozpakowują grę po raz pierwszy. Jedynym sposobem wyjęcia z pudełka wypraski z żetonami jest bowiem właśnie wytrząśnięcie go, inaczej wesoło siedzi na samym dnie, kpiąc z wszelkich prób podważenia.

Jak już zaznaczałam na początku – i zrobię to raz jeszcze, gdyż takiego zastrzeżenia nigdy za wiele – nie miałam jeszcze okazji zagrać w fizyczną wersję Gwinta i przekonać się, czy gra spełnia ten podstawowy warunek i sprawdza się w przypadku rywalizacji z innym człowiekiem, a nie z komputerem. Sama przewiduję prostą, miłą raz na jakiś czas karciankę, przyjemną przede wszystkim dla fanów – znajoma z kolei uważa, że powinno się wprowadzić znacznie więcej zmian w zasadach w stosunku do wersji komputerowej. Wprowadzone są nowe Karty Dowódców i Jednostek, dokładne ich porównanie zostawiam sobie jednak na inny dzień (i  między innymi dlatego nie jest to recenzja). Na pierwszy rzut oka największą zauważalną zmianą wydaje się jednak pozbawienie gry elementu kolekcjonerskiego. Dostajemy od razu dwie pełne talie, razem z ich najlepszymi i najsilniejszymi kartami. Instrukcja nie precyzuje, w jaki sposób powinno się dobierać karty do talii używanej w trakcie rozgrywki (podaje jedynie, ile kart powinna liczyć talia i ogólnie mówi o jej „przygotowywaniu”) – jednak metoda znana z Dzikiego Gonu (chodzimy po świecie, zbieramy Pokemony i tworzymy z nich autorskie talie) trochę traci sens w momencie, w którym każdy ma dostęp do najlepszych możliwych kart. Sensowniejszą opcją byłoby tutaj chyba jednak losowanie talii z potasowanych dostępnych kart – tutaj jednak problemem mogłaby być idąca za tym zbyt duża losowość.

WP_20151016_23_05_04_Pro

Co prawda zdaję sobie sprawę z tego, że fizyczna wersja Gwinta ma być przede wszystkim fajnym gadżetem, bardzo by mnie jednak ucieszyło, jakby choć trochę działała również podczas gry. Cóż, czas pokaże. Notkę muszę jednak zakończyć uwagą dołączoną na żądanie właścicielki zestawu: karty mają naprawdę prześliczne grafiki, tekst na nich jest po polsku, a elfy z kart są piękne, cudowne i mordercze. I ponoć jest to znak mówiący nam, że jednak wszystko jest ze światem w porządku.

PS. Od wczoraj blog widnieje na spisie Blogów Planszówkowych i ta notka będzie pierwszą nową, która pojawi się na jego newsreelu. Witajcie więc, potencjalni przybysze stamtąd i miłej lektury innych notek!

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Planszówki nawet na PGA, czyli o Gwincie karcianym

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s