Pandemic Legacy – wrażenia i początek końca świata (mwahaha?)

WP_20151029_10_55_14_Pro

W końcu, nareszcie – i ja nabyłam Pandemic Legacy, do spółki ze znajomym, z którym będę rozgrywać kampanię. Dzisiejsza notka składa się z dwóch części. Najpierw będą recenzjo-podobne wrażenia po rozpakowaniu gry, zapoznaniu się z instrukcją i pierwszej rozgrywce – bezpieczne do czytania dla każdego. W drugiej części, wyraźnie (BARDZO wyraźnie) oznaczonej ostrzeżeniem o spoilerach, znajdzie się natomiast relacja z tej właśnie pierwszej rozgrywki.

W oryginalną Pandemię zdarzyło mi się kilkukrotnie zagrać i całkiem mi się podobała. Dobra gra kooperacyjna jest w końcu zawsze mile widziana co jakiś czas – nawet jeśli nie lubię jej na tyle, żeby nabyć własny egzemplarz. Dlaczego więc nabyłam Pandemic Legacy, skoro Pandemia – mimo, że lubiana – nigdy nie przyspieszała bicia mojego serca? Przyznam się bez kręcenia: w dużej mierze po prostu dałam się przekonać akcji promocyjnej. Stało się to jednak przede wszystkim dlatego, że od dłuższego czasu interesowało mnie zjawisko gier planszowych z kampaniami, w których każda rozgrywka wpływa na kolejne. Nigdy jednak nie starczyło mi uwagi, aby taką grę specjalnie wyszukać i przekonać kogoś do regularnego grania. Tymczasem jednak pojawiła się Pandemic Legacy – oparta na grze znanej zarówno mi, jak i dobremu znajomemu, do tego będąca dużą i głośną premierą – i wydała mi się niezłym miejscem, aby przygodę z kampaniami rozpocząć.

WP_20151031_14_18_07_Pro

Po otwarciu pudełka przywitała mnie duża teczka z napisem „Ściśle tajne” – chyba nie ma lepszego początku przygody z grą, która obiecuje, że swoje tajemnice będzie ujawniać stopniowo. Zawartość pudełka jest – z (niespodzianka, niespodzianka!) kilkoma różnicami – taka sama, jak w Pandemii. Rzeczy dodawane przez Pandemic Legacy to: wspomniane już Teczki Tajemnic Nad Tajemnicami, Osiem Pudełek Tajemnic (zajmujących sporą część pudełka), arkusz naklejek, mających pomagać nam w trwałym oznaczaniu zmieniającej się sytuacji oraz talia kart Legacy – główny element modyfikujący grę. (Ostrzegam wrażliwych: talia ta jest mroczna i okrutna. Znajdują się w niej straszne polecenia typu „podrzyjcie poprzednią kartę”.) Nie pamiętam niestety i nie mogę przez to porównać z oryginałem jakości wykonania planszy. Ta z Legacy wyraźnie wykonana jest przede wszystkim z myślą o czekających ją modyfikacjach: powierzchnia ją pokrywająca pozwala na bezproblemowe wpisywanie rzeczy i przyklejanie naklejek. Przyznam jednak, że jakość trochę mnie zawiodła, bowiem żeby wyprostować planszę przed rozgrywką musieliśmy położyć na nią inną planszówkę i ciężką książkę.

WP_20151101_16_42_50_Pro

Jeśli zaś chodzi o samą rozgrywkę, to podstawowe rzeczy oczywiście nie uległy zmianie. Wcielamy się w grupę osób usiłujących walczyć z wybuchającymi na całym świecie epidemiami chorób zakaźnych. Wspólnymi siłami usiłujemy wynaleźć lekarstwa na każdą z czterech chorób i – jeśli linie lotnicze pozwolą – wyeliminować je w zupełności. Pandemic Legacy idyllę tę oczywiście zaburza. Zasady nagle mogą złośliwie zmieniać się w środku walki, a my ścigamy się z czasem: w każdym miesiącu gry mamy tylko dwie próby aby wypełnić aktualne zadanie. Jeśli nie wyjdzie – będziemy odczuwać konsekwencje swoich porażek i zraniona duma będzie dla graczy najmniejszym problemem.

WP_20151031_14_19_50_Pro

Po pierwszej rozgrywce i przy niezłej znajomości gry bazowej stwierdzam, że Pandemic Legacy ma spory potencjał (bezpiecznie stwierdzam potencjał zamiast oznajmić „ludzie, świetna gra, kupujcie!”, gdyż zawsze może jeszcze skręcić ku złemu. Choć nie sądzę, że tak się stanie). Gra mocno urozmaica oryginalną Pandemię i liczy się jej to na porządny plus – jeśli bowiem dobrze się oryginał poznało, potrafił on być niestety dość przewidywalny. Do tego Legacy, poprzez wprowadzenie mechanizmu blizn (ran otrzymywanych przez postaci graczy, które mogą doprowadzić do śmierci postaci), nadaje interesujące znaczenie początkowej decyzji o tym, ile osób będzie rozgrywało kampanię. Więcej graczy to oczywiście większa możliwość rozproszenia i wykonywania zadań na całym świecie – równocześnie jednak zwiększa to częstotliwość rozprzestrzeniania się chorób, przez co wzrastają szanse na otrzymanie przez kogoś blizny i zaprzepaszczenie np. rozwoju umiejętności postaci. Mnóstwo małych decyzji tego typu wpływa na ostateczny kształt rozgrywki, a że kampania jest jednorazowa – każdy skończy z unikalnym końcowym egzemplarzem gry. Całkiem fajnie.

Wiesz, że grasz w planszówkę, jeśli jednym z najważniejszych miast na mapie Europy jest Essen.

Wiesz, że grasz w planszówkę, jeśli jednym z najważniejszych miast na mapie Europy jest Essen.

A dalej będą spoilery.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
SERIO SPOILERY
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.

Pewnego pięknego listopadowego dnia stwierdziliśmy ze znajomym, że chyba już najwyższy czas rozpocząć kolejną walkę o przetrwanie cywilizacji. Listopad uprzejmie zgodził się udawać wczesny styczeń – nic więc nie stało na przeszkodzie aby wysłać do roboty podekscytowaną drużynę. Składała się ona z dwóch osób: młodej pani naukowiec imieniem Gwen Stacy (zbieżność przypadkowa) oraz naszego najlepszego sanitariusza, F. Matta Damona („Hej, moja postać wygląda jak Matt Damon!” „Chciałeś powiedzieć FUCKING Matt Damon, nie?”).

Podczas briefingu wysłuchali informacji na temat ich zadania na styczeń – i wzruszyli z lekkim lekceważeniem ramionami. W końcu wynalezienie lekarstwa na wszystkie cztery choroby to nic trudnego jeśli ma się w drużynie Gwen, której bez większych problemów, a za to z ułatwieniami, przychodzi wynajdywanie leków. Niewiele wiedzieli o życiu.

WP_20151101_19_57_00_Pro

Niebieska choroba rozprzestrzeniła się po większości Europy i Ameryki Północnej. Nic nie wskazywało jednak na to, że w jakikolwiek sposób różni się od innych. Gwen i Matt postępowali więc tak, jak ich uczono: rozważnie i powoli. Z tą chorobą trzeba było działać inaczej – dowiedzieli się tego jednak dopiero wtedy, gdy z laboratoriów przyszły złe wieści: choroba zmutowała do tego stopnia, że niemożliwym wydaje się w tym momencie znalezienie na nią lekarstwa, a opieka nad cierpiącymi na nią pacjentami wymaga dwa razy więcej czasu niż dotychczas. Nową misją naszych bohaterów zostało więc wynalezienie leków na trzy pozostałe choroby.

I prawie się udało. Gwen, siedząc przez długie godziny w laboratoriach rozsianych po całym świecie, stworzyła lekarstwa na czarną i żółtą chorobę. Jako światowej klasy specjalista od nich, mogła nadać im nawet nazwy: Yuggothicis i Hastureza. W tym czasie Matt Damon latał po całym świecie, próbując opanować wybuchające wszędzie epidemie na tyle, żeby dać Gwen jeszcze trochę czasu na znalezienie leku na chorobę czerwoną. Nie udało się to jednak, choć byli o krok od zwycięstwa. Niebieska choroba rozprzestrzeniła się zbyt mocno, destabilizując Petersburg i zmuszając naszych bohaterów do tymczasowego porzucenia swojej działalności.

Nic jednak straconego, szansę na naprawienie naszych błędów dostaniemy w drugiej połowie miesiąca. Jakoś to będzie. Tylko spokoju w Petersburgu nic już nie przywróci. Będzie rewolucja czy nie?

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Pandemic Legacy – wrażenia i początek końca świata (mwahaha?)

  1. Pingback: Pandemia powraca! | Kropka na planszy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s