Kropka wspomina: pierwsza świadoma planszówka

20151127sw

Jak powszechnie wiadomo, listopad jest okrutnym miesiącem. Słońce dostaje lenia i ledwo daje radę przetoczyć się przez kilka godzin po horyzoncie, występuje zdecydowana nadprodukcja szarych chmur, temperatury spadają, a wraz z nimi energia do robienia czegokolwiek. To właśnie listopad przydarzył mi się w ostatnim tygodniu: wredny, ponury listopad, który pożarł dwie zaplanowane notki. Ale dobrze poinformowane źródła donoszą, że już za kilka dni koniec tego straszliwego miesiąca – więc z okazji tego światełka w tunelu zbieram się w sobie i powracam do blogowania.

Tematem dzisiejszym są wspomnienia z początków grania – a właściwie to jedno moje, konkretne wspomnienie. Jeśli czytacie tę notkę, dość prawdopodobne jest, że wiecie, jakie gry polecane są zazwyczaj jako niezłe wprowadzenie do hobby. Carcassonne. Osadnicy z Catanu. Wsiąść do pociągu. Ostatnio coraz częściej Splendor. Mają one ze sobą wiele wspólnego: ładne wykonanie, nieskomplikowane zasady, niezłą regrywalność, raczej lekkie podejście do tematu (który jednak wciąż nie jest pomijalny!). Jeśli ktoś w towarzystwie zada pytanie „A w sumie to od czego polecalibyście zacząć?” prawdopodobieństwo, że padnie nazwa co najmniej jednej z nich wynosi 100%. Oczywistym jest więc, że każdą z nich poznałam dopiero po dłuższym okresie obcowania z planszówkami.

A jednak! W jakiś sposób spróbowałam hobbystycznych planszówek, zasmakowałam w nich i już mi się to zostało. A najłatwiejszym przypadkiem tych kilka lat temu nie byłam. Zdradzę wam bowiem jedną rzecz: nie lubiłam planszówek. Kojarzyłam je dość stereotypowo: z chińczykiem i Monopoly, czyli grami, które w moim dzieciństwo-nastolęctwie zajmowały mnie przez krótką chwilę, po czym zaczynały się bezcelowo ciągnąć, jak flaki z olejem czy The Sims po upływie pierwszego tygodnia życia Simów. Na żadnym stole w mojej młodości nie zagościły magie czy inne miecze. Czasem ktoś wyciągał Scrabble, czyli jedną z najgorszych gier, które można zaproponować komuś takiemu, jak ja, z jego niechęcią do wymuszanego kojarzenia, wymyślania rzeczy na rozkaz i łatwo stresującą się Możliwością Zrobienia Czegoś Głupiego. (Jedna z ostatnich prób rozegrania partyjki Scrabble miała miejsce na pierwszym roku studiów w obcym kraju i zakończyła się porzuceniem przeze mnie gry po tym, jak za mocno zestresowałam się zrobieniem błędu w słowie pochodzącym z obcego dla mnie języka. Wyluzowaną osobą zdecydowanie wtedy nie byłam). Co takiego zdołało więc skutecznie przykuć moją uwagę i przekonać do zmiany opinii na temat gier planszowych?

20151127sw2

Oczy was nie mylą: był to Small World. Moja przygoda z planszówkami nie zaczęła się tym samym od tytułu mało znanego czy niezwykle skomplikowanego, ale i tak nie znalazłby się on pewnie w zbyt wielu rekomendacjach dla zupełnie zielonych osób. Stary dobry Small World, do tego z dodatkami – co, jak wiadomo, oznacza przede wszystkim naprawdę ogromną (i trudną do ogarnięcia dla początkującego) pulę ras do losowania. O ile samą podstawkę uważam za w miarę przyjazna nowym graczom, o tyle wersja, którą zaprezentowano mi przy pierwszym spotkaniu ze Small Worldem możliwa była do rozszyfrowania tylko i wyłącznie z pomocą właściciel (chyba że ktoś naprawdę lubi żonglowanie masą ściąg z opisami mocy. Są różne preferencje, nie będę oceniać).

Mimo wszystko, gra mnie oczarowała i okazała się naprawdę dobrym sposobem na zaprezentowanie możliwości współczesnych planszówek. Small World był zupełnie oderwany od tego, co do tej pory kojarzyłam z określeniem „gry planszowe”. Zaczynając od wykonania elementów: różnicę zaznaczyła nawet tak mała rzecz, jak zastosowanie tekturowych żetonów z obrazkami w miejscu pionków. Coś tak oczywistego jak variable player powers – różne zdolności postaci/dostępnych ras – było dla mnie kompletną nowością i rewelacją (pamiętajcie, w mojej młodości nie były obecne gry z magiami i mieczami w tytule). Owszem, w grze znalazła się kostka – ale jakoś zaskakująco rzadko była stosowana. Rozumiecie, gra wymagała planowania! Można było o niej porozmawiać ze współgraczami, podumać nad odpowiednią strategią… Przeżyłam niezły szok. Sama plansza była na szczęście obecna (Carcassonne byłoby chyba zbyt mocnym wstrząsem dla mojego światopoglądu na tamtym etapie), ale też jakaś dziwna: z polami nienumerowanymi, sąsiadującymi z więcej niż jednym polem, w żadnym miejscu nie licząca punktacji, mająca różne wersje w zależności od liczby graczy.

20151127sw3

Z dzisiejszej perspektywy brzmi to wszystko dość zabawnie. W końcu wzdychałam z zachwytem nad normalnymi dla planszówek rzeczami – i to takimi, które w tamtym momencie już od dawna nie były rewolucyjne. Moje postrzeganie tego konkretnego hobby było bardzo skrzywione przez słabe doświadczenia z młodości i stereotypowe opinie, które sobie przy ich okazji przyswoiłam. Odtworzenie tego, co myślałam grając po raz pierwszy w Small World uświadamia mi, jak długą drogę przeszłam.

A dlaczego w ogóle o tym pisać? (Poza wartością wspomnieniowo-anegdotyczną, ona zazwyczaj jest sama w sobie całkiem niezłym powodem). Chyba warto sobie czasem przypomnieć emocje i myśli towarzyszące naszym pierwszym hobbystycznym planszówkom – zwłaszcza jeśli mamy okazję pokierować kogoś, kto o nich tylko słyszał. Gry, które wymieniłam na początku, mają jeszcze jedną wspólną cechę: każda z nich w jakiś sposób niszczy u początkujących stereotypową wizję planszówki, każda pokazuje, że jest tam coś innego i fajnego. Ale niekoniecznie trzeba się zawężać w poleceniach do gier przyjaznych zupełnie początkującym. Czasem taką grą może okazać się tytuł zupełnie niespodziewany. Ot, taki Small World.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s