„Taka zabawna gra dla dzieci”, czyli wygląd planszówki a wiek graczy

WP_20151201_23_37_22_Pro

Czy zdarzyło wam się być zniechęconym do gry przez jej oprawę graficzną? Jeśli ktoś spróbuje twierdzić, że nie – to po prostu nie uwierzę. Dziwne grafiki, źle dobrane kolory, nawet niepasująca czcionka potrafi zepsuć odbiór i przysporzyć sporych kłopotów komuś, kto usiłuje pozytywnie nastawić się do jakiegoś tytułu. Samo w sobie jest to dość zabawnym tematem, aż się przecież prosi żeby zrobić porządny research i przedstawić kilka z Najstraszniejszych Wytworów Planszówkowej Wyobraźni – ale czas tej notki jeszcze nadejdzie. Dziś natomiast naszło mnie na rozmyślanie o jednym konkretnym aspekcie oprawy graficznej planszówek: o jej przystosowaniu do wieku odbiorców. Które to przystosowanie nie zawsze bywa oczywiste.

Ale o co chodzi? Pozwólcie, że spróbuję wyjaśnić. Powszechnie wiadomo (nawet jeśli nigdy w życiu nie poświęciliście nawet pół sekundy myśleniu nad tą kwestią – to po prostu jedna z tych rzeczy, które są logiczne), że oprawa graficzna produktu rozrywkowego zazwyczaj będzie starała się przystosować do oczekiwanych grup odbiorców. Strategie bywają różne. Niekiedy będzie to zaskakujący pomysłem, ambitniejszy projekt. Niekiedy, realizacja obiegowego obrazu preferencji danej grupy odbiorców. Czasem dobrane strategie bywają strzałem w dziesiątkę, czasem z kolei ich twórcy – jako ten George Lucas, kiedy ktoś znajdujący się w tym samym mieście co on wspomina o Star Wars Holiday Special – modlą się, żeby wszechświat okazał trochę łaski i zapomniał o nieszczęsnym projekcie. Zakończenie i ocena poziomu sukcesu projektantów są dla nas w tym momencie mało istotne – chodzi o to, że zazwyczaj po jednym rzucie oka na opakowanie gry jesteśmy w stanie ocenić, czy głównym odbiorcą danego tytułu mają być dzieci, czy też starsi gracze.

Jak to zazwyczaj bywa, inspiracją dla notki była jedna rozmowa i dwie gry, z którymi się ostatnio zetknęłam. Podczas wizyty w Osiedlowym Sklepie Planszówkowym w celu kupienia prezentu, okazałam charakterystyczną dla mnie wstrzemięźliwość i wyszłam tylko z dwiema dodatkowymi grami dla mnie. Jedna z nich to Studium w Szmaragdzie (dajcie mi tylko zebrać kilkukrotnie ludzi i recenzja nadejdzie!), druga to tegoroczna karcianka The Game (o której jeszcze nie zdarzyło mi się wypowiedzieć bez nazywania jej GRĄĄĄ, ze słyszalnym w głosie capsem i dramatycznym przeciąganiem ostatniej głoski). The Game jest bardzo przyjemną i szybką grą logiczną opartą na bardzo prostej zasadzie: dostajemy karty z numerami od 2 do 99 i naszym zadaniem jest ułożenie ich w czterech stosach (dwóch rosnących, dwóch malejących). Znajomy, do którego zabrałam The Game, uznał ją za fajny tytuł dla dzieci od podstawówki w górę, i miał rację. Pudełko przyznaje mu rację: wiek 8+. Jest tylko jeden mały, malutki problem. Tak, odgadliście: szata graficzna.

WP_20151201_23_38_08_Pro

Nie oceniam teraz nawet tego, czy jest zła czy dobra (wg mnie bardzo fajna, ale sądzę tak dlatego, że odwołuje się bezpośrednio do Opowieści o Mrocznych Grach Śmierci, do których zawsze miałam sentyment). Rozumiem mniej więcej, jaki efekt planowano osiągnąć. Ale gra jest na tyle przyjazna również dla niższej grupy wiekowej, że trochę jednak dziwi mnie ta czarno-czerwona czaszka na kartach i na opakowaniu. Po złagodzeniu grafiki gra byłaby przystępniejsza dla większej grupy odbiorców – w tym momencie podejrzewam jednak, że większość Typowych Rodziców po pokazaniu The Game w sklepie przez swojego niepełnoletniego przejdzie prosto do odprawiania egzorcyzmów.

Dzisiaj natomiast zdarzyło mi się zahaczyć o promocję gry edukacyjnej, zdecydowanie skierowanej do dzieci: Pestki, Dropsa, Cukierka wydawnictwa Granna. Znajduje się wśród gier na zdjęciu u szczytu notki, rzućcie okiem raz jeszcze: kolorowe pudełko, obrazki zdecydowanie skierowane do dzieci. I teraz pomyślcie, że ‘klasyfikacja’ tej gry jest identyczna jak ‘klasyfikacja’ The Game. 8+. Po porównaniu szat graficznych chyba nikt by nie odgadł.

Nie mam własnych dzieci, w najbliższym czasie raczej się ich nie dorobię, wśród znajomych powoli zaczyna dzieci przybywać, ale tempo jest ślimacze. Jest mi więc bardzo, bardzo daleko do grupy planszówkowiczów opisywalnej jako „rodzice z dziećmi”, praktycznie nigdy nie zwracam uwagi na sugerowany na pudełkach wiek graczy i ogólnie wiodę sobie spokojny żywot osoby, która nie musi się zastanawiać, czy dana planszówka nie okaże się jeszcze zbyt skomplikowana dla jej dziecka. ‘Dziecięcą’ oprawę traktuję wręcz jako coś, co ma dużą szansę mnie od gry odrzucić. Niezbyt mnie ta część rynku interesuje, po prostu. (I myślę też, że oprawa graficzna najpopularniejszych gier o tematyce PRL-owskiej jasno pokazuje, że nawet te proste rzeczy, skierowane do różnych grup wiekowych, można opakować tak, żeby były atrakcyjne dla każdej z tych grup – znów odsyłam do pierwszego zdjęcia).

Czasem jednak, nawet jako Prawdziwy Bezdzietny Dorosły, jesteś zmuszony porzucić swoje uprzedzenia względem prostych dziecinnych gier z prostą dziecinną oprawą i rzucić się w wir zabawy. Bo trafiasz na coś tak fajnego, jak Pędzące żółwie. I wspomnieniem ich przeuroczej planszy dzisiaj zakończmy.

WP_20151201_23_39_46_Pro

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s