Cel na 2016: nie obrażać się na planszówki

terra

Początek roku! Nowe plany! Nowe gry! A wszystko tym razem ze świadomością istnienia tego bloga (moja pamięć jest niestety dziurawa niczym spód przeciekającej lodówki, którą zostawiłam w Warszawie z Najlepszą Współlokatorką – i jeśli nie prowadzę regularnych notatek, to odtworzenie rzeczy, które działy się kilka miesięcy wcześniej staje się zadaniem godnym archeologa). Mam trochę planów dotyczących blogowania w nowym roku, ale żaden z nich nie dotarł jeszcze do momentu, w którym mogłabym go oficjalnie zapowiedzieć. (A zresztą i tak najbardziej lubię losowe niespodzianki). O czym więc dzisiaj? Ano, będzie do pewnego stopnia postanowieniowo.

Konkretnych postanowień noworocznych raczej nie praktykuję, w jakiejkolwiek dziedzinie życia – wolę raczej identyfikować problematyczne rzeczy i mieć nadzieję, że dzięki świadomości ich istnienia choć trochę je poprawię. A ponieważ problemy mają to do siebie, że wyskakują na człowieka wtedy, gdy najmniej się ich spodziewa, to ze znalezieniem rzeczy do poprawienia raczej nigdy nie mam większych kłopotów. I tak właśnie, w ostatnich dniach grudnia, przypomniano mi o jednym z moich gorszych nawyków dotyczących gier planszowych.

Ostatnią dużą planszówką, w którą grałam w 2015 roku była gra z półki opisanej jako „Nadrabianie najgorszych zaległości” – czyli Terra Mystica. Niby wszystko wszystko w porządku – przy stole fantastyczne towarzystwo, i pyszne jedzenie, sama gra z dobrymi recenzjami i wysokim miejscem w Jedynym Liczącym Się Rankingu – ale mniej więcej w połowie jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie przed odejściem od gry była sympatia do współgraczy.

Widzicie, mam bowiem dwa wstydliwa (lecz nie aż tak wielkie) sekrety. Po pierwsze, nie posiadam naturalnego talentu do gier strategicznych i moje pierwsze z nimi spotkania bywają tak żałosne, że szkoda gadać (ten, ekhm, „sekret” umieściłam nawet w opisie bloga). Po drugie, nie lubię wiedzieć dokładnie jak bardzo przegrywam.

Terra Mystica okazała się niestety bezlitosna dla błędów. Nie dość, że w pierwszej turze nie do końca łapałam, o co chodzi i nie podejmowałam optymalnych decyzji – ale przede wszystkim, ustawiając się jako ostatnia (kiedy widziałam już, gdzie są wszyscy inni) zdołałam ustawić się na takim miejscu, że dość szybko została mi zabrana możliwość ekspansji. Taki mały, otoczony przez mur wrogich plemion Kropkoland.

Zapowiadało się tak pięknie. Skończyło - jak zwykle (kiedyś).

Zapowiadało się tak pięknie. Skończyło – jak zwykle (kiedyś).

Nie tylko terytorialna ekspansja została zablokowana. Brak doświadczenia przełożył się na tak cudownie błędne decyzje, że w drugiej albo trzeciej turze musiałam spasować już po pierwszym ruchu – nie miałam bowiem surowców do zrobienia czegokolwiek. Inni spokojnie grali dalej, ja natomiast do tego stopnia odpadłam z rozgrywki, że zanim nastał czas rozpoczęcia kolejnej tury, spokojnie zdążyłam napisać pół notki, nad którą pracowałam. A wcale szybko nie piszę.

Niby nic naprawdę złego się nie stało, uroki pierwszej rozgrywki, których jestem przecież świadoma… Miałam jednak dość nieprzyjemny flashback: poczułam się dokładnie tak, jak w początkach Drogi Planszówkowej, kiedy siadałam do stołu z pełną świadomością tego, że przegram i zdarzało się, że jednym z moich podstawowych nastrojów przy grach było zniechęcenie.

Wtedy myślałam, że to problem ze mną i moim brakiem umiejętności. Teraz, po kilku latach, jestem w stanie określić, że często bywa to w dużej mierze kwestia konfliktu pomiędzy zasadami danej planszówki i moimi preferencjami: nie lubię gdy przez błędy na samym początku gra czyni ze mnie ofiarę i gracza dodatkowego, nie daje większej możliwości odbicia się od dna (nie mówię tutaj nawet o wygranej – ale miło byłoby po względnym ogarnięciu się być w stanie powalczyć o to przedostatnie miejsce). Terra Mystica mówiła mi wprost „Przegrywasz”. Widziałam to w punktacji, widziałam to na planszy, wreszcie – widziałam to w zasobach, których stan posiadania udało mi się w końcu trochę odrobić, na tyle jednak tylko, żeby być w stanie wykonać tych kilka ruchów, ale bez większej nadziei na poprawienie swojej sytuacji. Wolę jednak gdy gra takie informacje choć częściowo przede mną ukrywa. Tajne warunki/cele są tutaj świetnym i często spotykanym sposobem. Owszem, zanieczyszczają one eurostrategiczność, której swoisty urok tkwi między innymi w tym, że wszystko jest jawne – ale rekompensują to dla mnie znacznie przyjemniejszym doświadczeniem rozgrywki.

A gdzie to postanowienie? W nowym roku spróbuję nie poddawać się złym planszówkowym wspomnieniom. Terra Mystica dostanie drugą szansę, pewnie nawet nauczę się w nią sensownie grać. Spróbuję jednak powrócić do osiągniętego w ostatnich latach większego dystansu do wyniku gry. Nawet jeśli dana planszówka nie jest do końca tym, co najbardziej lubię – to trochę głupio jednak przez ciągłą irytuację pozbawiać siebie i innych radości z grania. Nadchodzi więc czas próby.

Irytowanie się na grę smuci meeple - nie chcę dalej smucić meepli, bo nie będę w stanie spojrzeć im w oczy.

Irytowanie się na grę smuci meeple – nie chcę dalej smucić meepli, bo nie będę w stanie spojrzeć im w oczy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s